Fajny tekst znalazłem, więc się podzielę: „Czy można zniszczyć wakacje dosłownie wszystkim Polakom? Nic prostszego, wystarczy obdarować rodaka książką. Każdego, nie tylko idiotę. Zwłaszcza jeśli chcemy bliźniego wyprowadzić z równowagi. Bez książek każdy urlop będzie udany, a na to żaden szanujący się Polak nie może pozwolić drugiemu Polakowi” – to Grzegorz Wysocki, ale chętnie się pod nim podpiszę.
Skoro spora część blogowiczów się chwali niech i ja, tym bardziej, że skoro nie czytam horrorów i monografii o gusłach, czarach i różnej maści potworach, tom podobno nieuk i książkowy analfabeta. Wprawdzie akurat czasy są takie, że chyba tylko czytelnicy horrorów są zadowoleni, ale jakoś tak czuję się gdzieś obok. Podobno wyznacznikiem przyzwoitości książkowego poziomu inteligencji jest nie tylko znajomość „klasyki” literatury grozy, ale również pełne rozeznanie całej plejady znakomitych autorów takiej literatury oraz..., oraz obsady filmowych horrorów. Mówiąc szczerze, guzik mnie obchodzi, co kto czyta i ogląda – mogą to być nawet komiksy – tylko jeśli ktoś mi robi wyrzuty, że ja tego nie tykam, to faktycznie krew mnie zalewa. Tak się bowiem składa, że już w szkole podstawowej nabrałem niechęci do tak zwanej literatury pięknej – z przesytu. Pominę niezliczone „opowieści z dreszczykiem” i krwawe kryminały, ale nie daruję sobie Sienkiewicza „W pustyni i puszczy”, Marka Twaina „Przygody Tomka Sawyera”, Karola Maya „Winnetou”, Makuszyńskiego „Szatan z siódmej klasy”, Gomulickiego „Wspomnienie niebieskiego mundurka”, Ferenc Molnára „Chłopcy z placu broni”, no i oczywiście setki obowiązkowych lektur szkolnych w rodzaju „Lalka”, „Przedwiośnie”, „Krzyżacy”, „Faraon” itp., itd. Ciekaw jestem, kto nadał takiej literaturze tak ironiczne określenie jak „piękna”? Przecież niejednokrotnie fikcja i wyobraźnia, niczym ekshibicjonizm, uzewnętrznia chory umysł autora. Tak, jak słynny horror prezydenta Andrzeja Dudy „Ostry cień mgły”...
No tak, miałem się pochwalić, a nie narzekać jak stara czapla. Po wielu perturbacjach mam wreszcie upragnioną „Karafkę La Fontaine’a” Melchiora Wańkowicza. Tym razem musiałem skorzystać z allegro, gdyż tej książki już żadna ze znanych mi księgarni wysyłkowych nie posiadała. Mam wydanie tej książki z końca lat sześćdziesiątych, mocno sfatygowane, a co najgorsze – z tak małymi literkami, że mi lupa nie pomaga. W dodatku tamto wydanie jest ocenzurowane (nie ma w nim rozdziału o cenzurze w PRL-u). Koniecznie chciałem jeszcze przed śmiercią choć raz przebrnąć to dwutomowe dzieło. Będę mógł znów sobie pomarzyć, że dzięki wskazówkom Wańkowicza stanę się sławnym pisarzem, nie, nie autorem powieści, które przed chwilą sponiewierałem, ale esejów. Z takimi marzeniami słodko będzie umierć...
Czym jest „Karafkę La Fontaine’a”? Na jednej z witryn ktoś umieścił ją w kategorii reportaży (sic!). Wprawdzie Wańkowicz był przede wszystkim reportażystą, ale ta pozycja nie ma nic wspólnego z takim gatunkiem. To zbiór esejów (w sumie dwa tomy – 1500 stron) na temat pisarstwa opartych na doświadczeniach samego autora, tzw. metaliteratura. Trudno to nawet nazwać poradnikiem dla przyszłego pisarza, ale na dobrą sprawę warto wiedzieć jak się tworzy literaturę przez wielkie „L”, czego proszę nie mylić z tabliczką na dachu samochodu, choć przy odrobinie pozytywnej wyobraźni skojarzenie może być słuszne. Niestety, nie ma róży bez kolców. Język pisarski Wańkowicza zaliczyłbym do grupy archaicznych, czyli arystokratycznej Polski przedwojennej. Na szczęście po kilkunastu stronach można się przyzwyczaić do tych zamienników „j” na „y”. Szczerze? Nie wiem czy ją polecać, skoro w tej chwili książka jest praktycznie niedostępna, tak jak węgiel na zimę. Cała seria książek Wańkowicza, wydana ostatni raz w 2009 roku nakładem „Pruszyński i S-ka” rozeszła się jak ciepłe bułeczki.

.jpg)