sobota, 6 sierpnia 2022

Aby nie było – też czytam

 

  Fajny tekst znalazłem, więc się podzielę: „Czy można zniszczyć wakacje dosłownie wszystkim Polakom? Nic prostszego, wystarczy obdarować rodaka książką. Każdego, nie tylko idiotę. Zwłaszcza jeśli chcemy bliźniego wyprowadzić z równowagi. Bez książek każdy urlop będzie udany, a na to żaden szanujący się Polak nie może pozwolić drugiemu Polakowi” – to Grzegorz Wysocki, ale chętnie się pod nim podpiszę.

  Skoro spora część blogowiczów się chwali niech i ja, tym bardziej, że skoro nie czytam horrorów i monografii o gusłach, czarach i różnej maści potworach, tom podobno nieuk i książkowy analfabeta. Wprawdzie akurat czasy są takie, że chyba tylko czytelnicy horrorów są zadowoleni, ale jakoś tak czuję się gdzieś obok. Podobno wyznacznikiem przyzwoitości książkowego poziomu inteligencji jest nie tylko znajomość „klasyki” literatury grozy, ale również pełne rozeznanie całej plejady znakomitych autorów takiej literatury oraz..., oraz obsady filmowych horrorów. Mówiąc szczerze, guzik mnie obchodzi, co kto czyta i ogląda – mogą to być nawet komiksy – tylko jeśli ktoś mi robi wyrzuty, że ja tego nie tykam, to faktycznie krew mnie zalewa. Tak się bowiem składa, że już w szkole podstawowej nabrałem niechęci do tak zwanej literatury pięknej – z przesytu. Pominę niezliczone „opowieści z dreszczykiem” i krwawe kryminały, ale nie daruję sobie Sienkiewicza „W pustyni i puszczy”, Marka Twaina „Przygody Tomka Sawyera”, Karola Maya „Winnetou”, Makuszyńskiego „Szatan z siódmej klasy”, Gomulickiego „Wspomnienie niebieskiego mundurka”, Ferenc Molnára „Chłopcy z placu broni”, no i oczywiście setki obowiązkowych lektur szkolnych w rodzaju „Lalka”, „Przedwiośnie”, „Krzyżacy”, „Faraon” itp., itd. Ciekaw jestem, kto nadał takiej literaturze tak ironiczne określenie jak „piękna”? Przecież niejednokrotnie fikcja i wyobraźnia, niczym ekshibicjonizm, uzewnętrznia chory umysł autora. Tak, jak słynny horror prezydenta Andrzeja Dudy „Ostry cień mgły”...

  No tak, miałem się pochwalić, a nie narzekać jak stara czapla. Po wielu perturbacjach mam wreszcie upragnioną „Karafkę La Fontaine’a” Melchiora Wańkowicza. Tym razem musiałem skorzystać z allegro, gdyż tej książki już żadna ze znanych mi księgarni wysyłkowych nie posiadała. Mam wydanie tej książki z końca lat sześćdziesiątych, mocno sfatygowane, a co najgorsze – z tak małymi literkami, że mi lupa nie pomaga. W dodatku tamto wydanie jest ocenzurowane (nie ma w nim rozdziału o cenzurze w PRL-u). Koniecznie chciałem jeszcze przed śmiercią choć raz przebrnąć to dwutomowe dzieło. Będę mógł znów sobie pomarzyć, że dzięki wskazówkom Wańkowicza stanę się sławnym pisarzem, nie, nie autorem powieści, które przed chwilą sponiewierałem, ale esejów. Z takimi marzeniami słodko będzie umierć...  

  Czym jest „Karafkę La Fontaine’a”? Na jednej z witryn ktoś umieścił ją w kategorii reportaży (sic!). Wprawdzie Wańkowicz był przede wszystkim reportażystą, ale ta pozycja nie ma nic wspólnego z takim gatunkiem. To zbiór esejów (w sumie dwa tomy – 1500 stron) na temat pisarstwa opartych na doświadczeniach samego autora, tzw. metaliteratura. Trudno to nawet nazwać poradnikiem dla przyszłego pisarza, ale na dobrą sprawę warto wiedzieć jak się tworzy literaturę przez wielkie „L”, czego proszę nie mylić z tabliczką na dachu samochodu, choć przy odrobinie pozytywnej wyobraźni skojarzenie może być słuszne. Niestety, nie ma róży bez kolców. Język pisarski Wańkowicza zaliczyłbym do grupy archaicznych, czyli arystokratycznej Polski przedwojennej. Na szczęście po kilkunastu stronach można się przyzwyczaić do tych zamienników „j” na „y”. Szczerze? Nie wiem czy ją polecać, skoro w tej chwili książka jest praktycznie niedostępna, tak jak węgiel na zimę. Cała seria książek Wańkowicza, wydana ostatni raz w 2009 roku nakładem „Pruszyński i S-ka” rozeszła się jak ciepłe bułeczki.

 


piątek, 5 sierpnia 2022

Kabaret neo-pisówka

 

  Oglądałem kabaret neo-nówki „Wigilia 2022”. Świetny, dawno się tak nie uśmiałem, choć w mojej ocenie nierówny – momentami faktycznie przypominał odgrzewany kotlet. Za to poczyniłem jedną ciekawą obserwację. Z reguły jest tak, że nawet najbardziej śmiesznym kabaretom towarzyszy „wędrówka ludów”. Cześć widzów idzie na piwo, inni wracają z piwa a tym razem nic. Wszyscy siedzieli jak na kazaniu, choć reagowali jak w knajpie, czyli śmiechem, brawami i buczeniem. Narzuca się pytanie: czyżby na widowni nie było ani jednego pisowca? A podobno ich jest ponad trzydzieści procent w naszej, polskiej społeczności. Wyjaśnienia są dwa. Faktycznie ich nie było, bo to są „smutni” ludzie, a jedyny grymas na ich twarzy to grymas nienawiści, więc na kabarety nie chodzą chyba, że Kaczyński ma monolog w rodzaju „ja bym to leczył”. Drugie, byli na tym występie. Byli i w końcu do nich dotarło jacy są śmieszni w swoim uwielbieniu prezesa Jarosława Polskę Zbaw i Polskiego Ładu 2.0. 

  Kilka prawicowych refleksji pokabaretowych. Weźmy taki skecz ks. Rafał Soćko (nie wiadomo, czy taki w realu istnieje, choć istnieje. Też kabareciarz, choć innej ideologii), który twittuje tak: „Dzisiejsze występy kabaretowe to dno i wodorosty. Takie moje przemyślenia po obejrzeniu jednego skeczu. Hejterom podpowiem, że nie oglądałem Neonówki. Nawet nie wiem co ta za ich skecz, o którym piszecie i nie interesuje mnie to”1. Czujecie bluesa? Nie widział, nawet go to nie interesuje, ale wie, że to wodorosty, których się pewnie nażarł podczas kąpieli w Bałtyku. I pewnie od tych wodorostów nawiedzony niczym s. Faustyna, która fizycznie w piekle nie była, ale wie jak tam jest. Rzecznik rządu, pan Radosław Fogiel komentuje: „Nadrabiam TT po weekendzie. Trochę nie wierzyłem, że opozycja robi inbę o kabaret, który jedyne czym zasłynął, to bezbectwo tak wielkie, że zbanowali pół Twittera. Ale już rozumiem to zaangażowanie, przecież ten "skecz" to dosłowny zapis wystąpienia każdego polityka PO w mediach”2, co znany nam Tomasz Mann skwitował: „Jeżeli po takim występie kabaretowym nagle wyskakuje pan Fogiel i zaczyna atakować kabaret, broniąc tych opisanych w skeczu, to znaczy, że czują pismo nosem. Jak [władca] nie był pewny swego, to im ścinał głowy. I tak jest do dzisiaj, tylko może mniej brutalnie”3.

  I kiedy już myślałem, że długo nic mnie tak nie rozbawi jak ów kabaret, prezes Jarosław daje wywiad dla „Sieci”. Już pominę te pokrętne tłumaczenia o tym, dlaczego przerwał wakacyjny objazd Polski, podobno miał tak zaplanowane. Ale gdy trafiłem na pytanie-sugestię Michała Karnowskiego, który „zapomniał” się podpisać: Wrócę jeszcze do obrzucenia pana samochodu. Mało kto pamięta, że taki był pierwszy zamach na księdza Jerzego Popiełuszkę”4, a nasz wódz męczennik nie zaprzecza to ja już wiem, że lepszego kabaretu jak ten, który urządził nam PiS nie ma i nie będzie. Kaczyński santo subito widzi swój sukces: „Opozycji i jej bojówkom nie uda się zniechęcić nas do rozmów i spotkań z Polakami”5 i na wszelki wypadek nie mówi, kiedy wróci do rozmów z pisowcami, inni na miano Polaków nie zasługują. Nie mówi też ile kosztuje budżet państwa ochrona tych kabaretowych występów, w tym wynajem policji konnej.

  Kaczyńskiemu rośnie konkurencja. Może nie osobiście szeryf w randze ministra, a jego osobiste zaplecze robi zwolennikom Solidarnej Polski tak zwaną „hauskyjzę”6 z mózgu, choć ja mam wątpliwości czy to, co mają w czaszkach da się jeszcze mózgiem nazwać. W rozesłanych sms-ach do druhów Ochotniczych Straży Pożarnej czytamy: „Spotkanie jest w bibliotece na starówce w Elblągu o godz. 16:0 jednostki, które będą uczestniczyć w dwóch spotkaniach dostaną od ministra po 1000 zł”7. Jak by to opisać, nawet dla mnie z daleka śmierdzi prowokacją (pytanie: przez kogo wywołaną?), ale gdy czytam sprostowanie: „Odnośnie 1000 zł dla jednostki to okazuje się że zaszło nieporozumienie. Nie będzie żadnych pieniędzy za w/w spotkania”8, to instynkt podpowiada mi, że coś jest na rzeczy. Dowodzi tego reakcja samego szeryfa, który po prostu na żadnym z tych spotkań się nie pojawił. Pewnie mu policzki płonęły niczym czerwona róża...

 

Przypisy:
1 - https://www.se.pl/wiadomosci/lekkie/skecz-kabaretu-neo-nowka-wywolal-skandal-kabareciarze-zabrali-glos-aa-2jPX-Wj5Y-GzQe.html

2 - https://crowdmedia.pl/rzecznik-pis-reaguje-na-antyrzadowy-kabaret-mann-wbija-mu-bezlitosna-szpile-czuja-pismo-nosem/
3 - https://crowdmedia.pl/rzecznik-pis-reaguje-na-antyrzadowy-kabaret-mann-wbija-mu-bezlitosna-szpile-czuja-pismo-nosem/2/
4 - https://wpolityce.pl/polityka/609066-kaczynski-opozycja-probuje-przykryc-swoja-kompromitacje
5 - https://wyborcza.pl/7,75398,28753268,wywiad-z-jaroslawem-kaczynskim-prezes-pis-zgadza-sie-ze-jest.html#S.TD-K.C-B.4-L.1.duzy
6 – śląska nazwa sera domowego z krowiego mleka, który konsystencją przypomina galaretę ze świńskich nóżek, zaś zapachem świeże, kozie gówno... 
7 - https://wpolityce.pl/polityka/609222-ujawniamy-zart-czy-prowokacja-wobec-ministra-ziobro
8 - ibidem

wtorek, 2 sierpnia 2022

Pedagogiczny wymiar kary

 

Motto:
„Cytuję innych tylko w tym celu, aby oddać lepiej to, co myślę” – Montaigne.

  Z „Dzienniczka” s. Faustyny: „Pewnego dnia powiedział mi Jezus, że spuści karę na jedno miasto, które jest najpiękniejsze w Ojczyźnie naszej. Kara ta miała być [taka], jaką Bóg ukarał Sodomę i Gomorę. Widziałam wielkie zagniewanie Boże i dreszcz napełnił, przeszył mi serce”1. I jak zawsze, czyli jak na spowiedzi, mnie te jej słowa nie dziwią, gdyż „mądrzy inaczej” nie takie głupoty wypowiadają i przez etykietkę „wariatka” uchodzi im to płazem. Lecz jeśli na te słowa powołuje się „inteligencja” po wyższych studiach, o umyśle zabarwionym ortodoksją fanatyczną, to mnie nie tylko ręce opadają. A natrafiłem na coś takiego: „Uważa się, że powodem Bożego zagniewania była dokonująca się w majestacie polskiego prawa zbrodnia na nienarodzonych. O duchowej wadze tej winy świadczy ogrom cierpienia, jakie Sekretarka Bożego Miłosierdzia musiała znosić, czyniąc zadość Stwórcy za wołające o pomstę do Nieba krzyki mordowanych w łonach kobiet dzieci”2. Autorka tych słów (długo byłem przekonany, że to pseudonim) Anna Nowogrodzka-Patryarcha, jest bardziej porąbana niż ta s. Faustyna, co gorsza, nawet bardziej niż to ustawa przewiduje.

  Okazuje się, że owo dzieciobójstwo, morderstwo na nienarodzonych, czy jak chcą niektórzy – Holokaust dzieci poczętych – to niejedyna przyczyna Gniewu Bożego na narodzie wybranym, jakim mają być Polacy (w końcu Żydów też nie oszczędzał). W tymże Dzienniczku czytamy: „Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie”3. Do wspomnianych mordów na dzieciach poczętych trzeba bowiem jeszcze dodać grzechy przeciw ciału. Według przedwojennych raportów policji największym problemem Warszawy była prostytucja (sic!) Tu drobny wtręt – Jezus wybaczył prostytutce. Czytam: „Na warszawskiej mapie grzechu niechlubnie wyróżniały się dzielnice: Wola, Muranów, Powiśle i Stare Miasto. Warto zauważyć, że to właśnie w tych miejscach okupant przelał brutalnie najwięcej polskiej krwi w czasie Powstania”4 – bożesz ty nie mój!, jak ci Niemcy dokładnie znali nie tylko przedwojenne raporty polskiej policji, ale również „Dzienniczek” s. Faustyny. Na nic się zdało cierpienie zakonnicy: „Jezus dał mi poznać, że w ten sposób wzięłam udział w Jego konaniu w ogrodzie i że te cierpienia Sam dopuścił dla zadośćuczynienia Bogu za dusze pomordowane w żywotach złych matek”. Innymi słowy, można dojść do wniosku, że żołdacy Hitlera, niczym bicz boży, byli wykonawcami woli Pana, chociaż Powstańcy mieli na ustach hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna”.  Pani Anna pisze: „Trudno wyobrazić sobie los Polaków bez przemożnego wstawiennictwa Apostołki Bożego Miłosierdzia (...) Pod tym względem hekatomba mieszkańców Warszawy w czasie Powstania i późniejsze, niemal doszczętne, zniszczenie miasta musiały nasuwać związek między wizjami i przestrogami mistyczki a stanem faktycznym”5 – a ja się zapytam z nieudawanym sarkazmem, co dało to wstawiennictwo? Niemcy zrównali Warszawę z ziemią, w końcu sobie poszli, a Ruscy wybudowali nam pałac Kultury.

  Pani Anna brnie dalej w szambo rzekomo pobożnego myślenia: „Wagę jej [s. Faystyny] ustawicznego orędownictwa za ojczyznę dostrzec można lepiej w perspektywie cierpień, które stały się udziałem ludności cywilnej w czasie wojny. Pod tym względem hekatomba mieszkańców Warszawy w czasie Powstania i późniejsze, niemal doszczętne, zniszczenie miasta musiały nasuwać związek między wizjami i przestrogami mistyczki a stanem faktycznym. W perspektywie ukazanych tam dziejów zobaczyć możemy nie tylko Bożą Sprawiedliwość, ale też Boże Miłosierdzie względem grzesznika, a w związku z tym pedagogiczny wymiar kary”6, i jakby tego było mało dodaje: „Nie możemy więc wykluczyć Bożego dopustu, jakim było zniszczenie Warszawy z powodu rozlicznych grzechów jej mieszkańców. Rozważając problem w takim ujęciu, jednego możemy być pewni. Wraz z cierpiącymi mieszkańcami stolicy współcierpiał Jezus”7 i w tym miejscu najbardziej żal mi tego Jeusa.

  Nie wiedzieć czemu w czasie lektury tego artykułu rozum przywołał mi obraz miasta Paryż – miasta prostytutek i burdeli, gdzie aborcja miała jeszcze większe powodzenie niż w Warszawie. Na domiar wszystkiego szerzyła się tam na masową skalę laicyzacja od czasów Rewolucji Francuskiej. I co? I nic, Niemcy ochoczo korzystali z wszelkich uroków tego miasta. Nawet go nie bronili niczym twierdzy Breslau. Czyżby Bóg upodobał sobie to miasto i otoczył je parasolem bożych łask?

 

Przypisy:
1, 3 - za Dzienniczkiem” s. Faustyny, wers 39 i 1038: http://faustyna.lodz.pl/wp-content/uploads/2015/02/Dzienniczek_Swietej_Siostry_Faustyny_Kowalskiej.pdf
2, 4, 5, 6, 7 - https://pch24.pl/widzialam-wielkie-zagniewanie-boze-czy-zniszczenie-warszawy-bylo-kara-za-grzechy/